Kazimierz Przerwa-Tetmajer: Na moczarach

Przeklęty szary życia dzień
jakby szedł człowiek przez moczary,
a za nim wlókł się jego cień,
w zmroczy przednocnej, w pustce szarej…

W jedno się tylko zlewa myśl:
w uwagę, by nie chybić kroku,
nie runąć w otchłań, kędy lśni
złym blaskiem mętna woda w mroku.

W jedno się tylko zlewa myśl
i wszystko inne w mózgu płoszy –
być może: sto gwiazd błysłoby
z mózgu wśród wolnych tchnień rozkoszy…

Być może: sto gwiazd błysłoby
z mózgu, jak ognia złote żary,
gdybyś przez wąską, grząską perć
nie szedł pielgrzymem przez moczary.

Być może: sto gwiazd błysłoby
jako stalowe mocnych pręty
z rąk – – które drżące, chwiejne z bark
wagę chwytają nad odmęty…

Przeklęty szary życia dzień!
Wokoło pustka, zmrok, moczary
i wlecze się za sobą cień,
i widzi się – – to widmo mary…

On się pamięcią pnie do ócz:
czym jesteś, gdzieś jest, w jakiej drodze –
że cały duch zmęczony tkwi
w niepewnej, drżącej, chwiejnej nodze…

On ci wydłuża własny kształt
i pokazuje ci wyraźnie,
twój na moczarach chwiejny chód
i całą twego życia kaźnię.

Na próżno ważysz, czyli bieg
szalony mąk tych nie oszczędzi
nie idziesz nigdzie; to jest chód
przez moczarzyska bez krawędzi..